Administracja prezydenta Donalda Trumpa znów ogłosiła wprowadzenie ceł na importowane towary. Nie są to jednak jakieś dodatkowe cła do już istniejących, ale zastępują te, które wygasły w piątek 24 lipca. Wygasły ze względu na prawne ograniczenia przepisów, na podstawie których zostały wprowadzone. Mogły trwać tylko 150 dni, a na ich przedłużenie potrzebna była zgoda Kongresu. Nowe cła mogą obowiązywać dłużej, bo ich podstawa prawna nie przewiduje limitu czasowego. To już trzeci sposób wprowdzania ceł przez prezydenta Trumpa bez ustawy Kongresu.
Pierwsze cła, które Donald Trump ogłosił zaraz po objęciu urzędu, zakwestionował Sąd Najwyższy. Prezydent wprowadził je na podstawie ustawy International Emergency Economic Powers Act (IEEPA) z 1977 roku, co w lutym bieżącego roku Sąd Najwyższy uznał za nielegalne.
Prawo do nakładania ceł i innych podatków Konstytucja USA daje Kongresowi. IEEPA daje prezydentowi możliwość regulowania lub zakazywania międzynarodowych transakcji bez zgody Kongresu, w sytuacji "niezwykłego i wyjątkowego zagrożenia". Sąd uznał, że takiej sytuacji nie ma i nakazał zwrot pieniędzy importerom, którzy cła zapłacili.
Tak jak to wtedy relacjonowaliśmy, prezydent wprowadził więc nowe cła. Tym razem na podstawie przepisów określanych jako Section 122 w ustawie o handlu z 1974 roku o nazwie Trade Act. Nałożył je na wszystkie państwa świata w wysokości 10%.
Towary, które płyną do Stanów Zjednoczonych będą w dalszym ciągu objęte cłami.
Teraz, gdy minęło 150 dni obowiązywania tych ceł, ogłoszone zostały nowe cła. Tym razem podstawą prawną ma być Section 301 ustawy o handlu. To przepis, który pozwala na przeprowadzenie dochodzenia wobec drugiego państwa i ewentualne wprowdzenie cła na jego towary. To powinno dotyczyć tylko pojedynczych państw, np. w przypadku zarzucania im wykorzystywania pracy niewolniczej lub dzieci.
Jednak nowe cła mają objąć nie tylko Chiny czy inne kraje, gdzie takie zarzuty byłyby uzasadnione. Dotyczą także Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii. Łącznie obejmą 60 największych partnerów handlowych USA, z których pochodzi 99% importowanych produktów.
Cła mają wynosić od 10% do 12,5%. Ale na niektóre kraje i produkty będą dużo wyższe. Trump ogłosił na przykład, że polityka Brazylii uderza w amerykański handel i nałożył na ten kraj cło w wysokości 25%. Kanadzie zarzuca z kolei "nierówne traktowanie" takich towarów ze Stanów Zjednoczonych jak samochody, nabiał i alkohol. Dlatego na wiele towarów z Kanady nałożył cło w wysokości aż 50%.
Prezydent Trump utrzymuje politykę celną, chcąc doprowadzić do zmniejszenia deficytu handlowego USA. Cła mają przekonać producentów do przenoszenia fabryk do USA. To się na razie nie dzieje. Deficyt handlowy w ubiegłym roku utrzymał się na tym samym poziomie. Według Departamentu Handlu, wyniósł 901,5 miliarda dolarów, a rok wcześniej, gdy prezydentem był Joe Biden wynosił 903,5 mld dolarów. Wprowdzenie ceł zmniejszyło go więc o zaledwie o 0,2%. Producenci wolą zapłacić cła niż inwestować w nowe zakłady. Zresztą produkcja w USA jest droższa od produktów importowanych, nawet po zapłaceniu cła.
Od momentu objęcia urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa liczba stanowisk pracy w produkcji zmniejszyła się w USA o 75 tysięcy. Pierwszy spadek nastąpił jeszcze przed wprowadzeniem ceł, ale trend ten się nie zatrzymał, choć cła miały tego dokonać. Nie widać też perspektyw na przyszłość, bo nakłady na budowę nowych zakładów zmniejszyły się o 26%.
Co najgorsze, cła wywierają presję inflacyjną. Towary drożeją, co najsilniej odczuwają najsłabiej zarabiający. Grupa ta wydaje bowiem największą część swojego budżetu na artykuły pierwszej potrzeby - żywność i ubrania. Inflacja ogólna nie wzrosła na razie znacząco, ale bank centralny musiał wstrzymać się z silniejszymi obniżkami stóp procentowych. To uderza w rynek nieruchomości i cały amerykańskich biznes, dla którego kredytowanie inwestycji jest droższe.