Nareszcie! Nareszcie będziemy mieli premiera na miarę naszych możliwości. Na miarę naszych potrzeb. Na miarę naszych ambicji. To Przemysław Czarnek. Znalazł go prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. I jego właśnie wyznaczył do poprowadzenia Polski ku świetlanej przyszłości. Niech żyje!
Nie podejrzewam Przemysława o to, że swoje inauguracyjne przemówienie jako premier skopiował od kogoś. To w końcu profesor i sam świetnie potrafi przemawiać. Ale w starszych słuchaczach odezwały się odruchy z zapomnianej przeszłości i stąd te zawołanie "Niech żyje".
Bo wszystko brzmiało jak dawniej. Precz ze zgniłym Zachodem. Niemcy to nasz największy wróg. Tylko ich się powinniśmy obawiać. Precz z wyzyskiem Polaka. Żaden kapitalista nas tu do roboty nie zapędzi. Precz z jakąś obcą walutą. Mamy złotówkę, której możemy sobie wydrukować ile chcemy. Jesteśmy silni i samowystarczalni. Mamy węgiel! Polska węglem stoi i żadne fotowoltaiki nam niepotrzebne. OZE-sroze!
Poza hasłem OZE (odnawialne źródła energii), takie rzeczy mówił Edward Gierek, I sekretarz PZPR w latach 70-tych. Słyszę czasem od starszych ludzi, że nawet dobrze wspominają tamte czasy. Mieli pracę, opiekę socjalną, a milionów nie było komu zazdrościć, bo nawet jak ktoś je miał, to się z tym krył.
W sumie wiele się nie zmieniło. Politycy też się kryją z tym, co mają. Po przemówieniu Przemysława wyszło nawet śmiesznie. Pluł na fotowoltaikę, kpił, że to OZE-sroze, a poseł Krzysztof Hetman z PSL ujawnił, że to wszystko ściema. Hetman, tak jak Przemysław jest z regionu lubelskiego i zna lokalne ploteczki. Jak usłyszał, że sąsiad wykpiwa tych, co chcą fotowoltaiki, to od razu ujawnił w telewizji, że sam Przemysław Czarnek ma na swoim dachu... panele fotowoltaiczne.
Uczestniczący w programie politycy wybuchnęli śmiechem. Jedynie poseł PiS zrobił groźną minę i na pytanie, co teraz będzie, stwierdził: "Będziemy to wyjaśniać".
Przyszły premier mógł to szybko wyjaśnić. Otóż według oświadczenia majątkowego, on nie ma żadnego domu. Nie ma więc dachu i nie ma żadnych paneli. W domu mieszka, ale to dom jego żony. Taki układ nie jest zaskoczeniem u polityka PiS. Wszak już premier Mateusz Morawiecki dał przykład, że najlepiej wszystko przepisać na żonę. Jak Czarnek zostanie premierem, to będzie taka nowa świecka tradycja premierów z PiS. Jestem biedny, tak jak wy. Nie mam domu, mieszkam kątem u rodziny.
Nawiasem mówiąc, takiej gadki próbował też Karol Nawrocki. Powiedział, że tak jak wszyscy Polacy, ma tylko jedno mieszkanie. Słabo wyszło, bo szybko okazało się, że ma dwa. W dodatku te drugie zabrał starszemu panu, któremu obiecał opiekę do końca życia. Ale na opiekę nie miał czasu.
Przemysław chyba zapomniał, że jego dom to nie jego dom. Pewnie za mocno ma zakodowane, że kobieta to jest od tego, żeby rodzić dzieci i siedzieć w kuchni, a nie rządzić się jego domem. W każdym razie nie skorzystał z takiego wytłumaczenia. Zaczął więc głosić, że te panele nie przynoszą dla niego korzyści i je zdemontuje. No to wkopał się jeszcze bardziej. Bo ten demontaż to już byłby kompletny idiotyzm.
Fotowoltaika oczywiście nie każdemu się opłaci. Jej instalacja kosztuje 20-30 tysięcy złotych. Jeżeli zużycie energii domu jest niewielkie, minie wiele lat, zanim inwestycja się zwróci. Jednak już przy średnim zużyciu prądu, warto skorzystać ze słońca. Ja mam zainstalowaną fotowoltaikę od czterech lat i według wyliczeń mojego męża, za dwa i pół roku jej koszt nam się zwróci. Jeżeli ktoś brał kredyt na tę inwestycję, może poczekać na pełny zwrot trochę dłużej.
Jednak mówienie przez Czarnka, że panele nie przynoszą mu korzyści, to albo kłamstwo, albo znak, że ma instalację zepsutą. Bo nawet jeżeli pozyskiwana energia jest niewielka (zależy od ilości paneli), to jest korzyścią. Panele są już zainstalowane, koszt już został poniesiony. Teraz przynoszą jedynie zysk, można powiedzieć bezkosztowo. Ich demontaż pozbawi Czarnka tego zysku, a nic mu nie da. Ale pewnie go na to stać. Przyznał, że otrzymał dofinansowanie z gminy, więc fotowoltaika kosztowała go dużo mniej niż mnie.
Ja jednak nie wierzę, że on zdemontuje te panele. Nawet z chęci zostania premierem. Jego filozofia władzy jest bowiem inna. Nowoczesne rozwiązania przynoszące zysk są dla mnie, a dla was jest węgiel.
Wielu ludzi skorzystało z dopłat i pozbyło się pieców węglowych instalując w ich miejsce pompy ciepła. Mam w rodzinie małżeństwo, które tak zrobiło. Są zagorzałymi zwolennikami PiS, ale przyznają, że choć pompy ciepła mają swoje wady, są na pewno lepsze od pieców na węgiel. Podliczyli, że nie tylko są o niebo wygodniejsze, ale też korzystanie z nich jest po prostu tańsze. Inna sprawa, że Czarnka i tak będą popierać, jeżeli faktycznie wystawi go PiS.
Popieranie wszystkiego, co mówią "nasi", bez względu na treść, jest już normą. Świetnym przykładem jest dyskusja o programie SAFE, a więc o pieniądzach na nasze zbrojenia. Bezwzględne poparcie "naszego" punktu widzenia widać po obu stronach sceny politycznej. Ale posłowie opozycji dali się na tym złapać w bardzo jaskrawy sposób. I to dwa razy z rzędu.
Najpierw była krytyka pożyczki gwarantowanej przez Unię Europejską, przez co jest na niezwykle dogodnych warunkach. Posłowie PiS i Konfederacji powtarzali, że pieniądze z SAFE trafią do różnych firm niepolskich, oczywiście głównie niemieckich. Ale nagle okazało się, że nie pofatygowali się przeczytać listy tych firm, dostępnej od grudnia dla posłów w trybie niejawnym (bo dotyczyło to strategii zbrojeniowej), które zostały już wymienione w programie SAFE. Po późniejszej analizie okazało się, że z 89% pieniędzy pożyczki, które zostaną w Polsce, łącznie skorzysta 12 tysięcy firm w całej Polsce (chodzi o wszystkich podwykonawców 136 projektów zapisanych w programie). Pozostałe 11% pójdzie do innych krajów europejskich. Do Niemiec - 0,5%.
Potem było dokładnie odwrotnie z programem "SAFE 0%", który ogłosił prezydent Karol Nawrocki z prezesem NBP Adamem Glapińskim. Na wspólnej konferencji stwierdzili, że z banku można "bezkosztowo" wziąć 185 miliardów złotych. Ekonomiści zachodzili w głowę, skąd nagle wzięła się taka kwota, skoro bank od czterech lat ma straty i narosły one już do 100 miliardów złotych. Ale posłowie PiS zachwycali się bezkrytycznie, że to świetny pomysł. Na pytania dziennikarzy, na czym ten pomysł polega, skąd się wezmą pieniądze, odpowiadali, że trzeba poczekać do wtorku, gdy prezydent przedstawi to premierowi. Ale wciąż zapewniali, że pomysł "bezkosztowych" pieniędzy jest świetny.
Wtorek nadszedł i prezydent pokazał premierowi projekt ustawy. Ustawa mówi o stworzeniu nowego ciała, które będzie zarządzać dochodami banku, gdy się pojawią. Nie ma jednak ani słowa, jak się mają pojawić. Mimo to, posłowie PiS są pomysłem ciągle zachwyceni. Może dlatego, że pojawią się nowe etaty, bo prezydent chce w nowym ciele umieścić swoich ludzi.
W projekcie ustawy prezydent nie napisał, skąd wziąć pieniądze. Nie wymienił już nawet tej kwoty 185 miliardów. Jego zwolennicy kombinują więc, jakich można byłoby dokonać sztuczek w księgowości, żeby zysk NBP jednak się pojawił.
Ja wiem jedno: pieniędzy nie tworzą księgowi odpowiednimi wpisami. Jeżeli w księgach wpiszemy, że nagle mamy 185 miliardów, to żeby je na coś wydać, będziemy musieli je gdzieś pożyczyć. Na pewno nie na 0%. Raczej na 5-6%, bo na takich warunkach nam obecnie pożyczają.
Jak na razie, jedynym efektem finansowym projektu prezydenta, jest zmiana oprocentowania polskich obligacji. Po konferencji Nawrockiego i Glapińskiego oprocentowanie to poszło na giełdzie w górę o 0,35 punktu procentowego. O tyle więcej kosztują odsetki, które państwo musi za obligacje płacić. To oznacza, że o 2,5 mld złotych drożej spłacamy długi. Szkoda, że nie bezkosztowo.