Czas ataku

Słysząc w ubiegłą sobotę, że Stany Zjednoczone zaatakowały w końcu Iran, byłam przekonana, że nareszcie nie będę musiała pisać o polskiej polityce. Bo przecież wszyscy będą teraz mówić tylko o Bliskim Wschodzie i wszelkie sprawy krajowe zejdą na dalszy plan. Nie wydarzy się nic takiego, o czym trzeba napisać, żaden polski polityk nie przyćmi takiej sprawy jak atak na Iran.

A jednak się myliłam. Nasza elita ruszyła do ataku, a na polskiej scenie politycznej wręcz się zakotłowało. Zaczęło się od ulubionego tematu polityków z najróżniejszych partii, tzn. ceny benzyny. Bez względu na to, kto jest u władzy, opozycja zawsze wytyka władzy, że benzyna jest za droga. To jest łatwy i zwykle skuteczny sposób ataku. Bo benzyna jest zawsze za droga. W dodatku każdy posiadacz samochodu - a w Polsce to już zdecydowana większość rodzin - uświadamia to sobie bardzo systematycznie i bardzo boleśnie, podjeżdżając na stację benzynową.

Jednocześnie większość ludzi nie zastanawia się nad faktem, że rząd nie ma właściwie wpływu na cenę benzyny. Ona zależy od światowej ceny ropy i od wartości złotówki. Wartości złotówki pilnuje (powinien pilnować) bank centralny, czyli NBP. Ale jego działania są długofalowe, podobnie jak rządu. Jeżeli kraj się rozwija, wartość naszej waluty rośnie, ale to proces długotrwały. Jednak gdy Kowalski tankuje swojego "malucha" i patrzy na licznik dystrybutora szybko powiększający liczbę zakończoną literkami "zł", myśli o rządzie, a nie światowych rynkach walutowych czy ropy naftowej.

Każdy konflikt na Bliskim Wschodzie owocuje wzrostem cen ropy naftowej. Po ataku Amerykanów na Iran nastąpił więc atak Prawa i Sprawiedliwości na polski rząd. "Polacy ruszyli na stacje obawiając się rosnących cen paliw. A rząd? Śpi!" - napisano na partyjnym koncie w internecie.

I rzeczywiście ceny ruszyły w górę. W moim mieście na stacji Orlenu wzrosły z 5,92 zł w piątek (akurat zatankowałam) do 6,27 zł w poniedziałek i do 6,47 zł w środę. Grubo. A to pewnie dopiero początek, bo od początku tygodnia drożeć zaczął też dolar, w którym rozlicza się zakupy ropy. Ale żadnych kolejek na stacji benzynowej nie zauważyłam.

Być może PiS głosi najazd na stacje pomny własnych doświadczeń. Pod rządami geniusza Obajtka na wszystkich dystrybutorach w kraju musiały pojawić się karteczki o "awarii dystrybutora". No, tak się akurat zdarzyło, że zepsuły się wszystkie naraz. Ale wtedy cena dochodziła na niektórych stacjach do 8 zł, więc może benzyny nie dowożono w trosce o obywateli, aby nie musieli wydawać zbyt dużo.

Teraz dystrybutory ciągle działają, czyli obecny rząd o obywateli nie dba. To zresztą kolejny zarzut głoszony przez PiS, ale także i prezydenta Karola Nawrockiego. Po ataku Amerykanów, Iran odpowiedział swoimi atakami, trafiając w najróżniejsze miejsca, w różnych krajach. W efekcie, wszystkie lotniska w okolicy pozamykano i wstrzymano wszelkie loty pasażerskie. W krajach Bliskiego Wschodu utknęło wielu ludzi, którzy przez pierwsze dni nie mieli jak stamtąd wyjechać. Wśród nich byli także Polacy, bo nasi są wszędzie.

Tym razem było ich chyba nawet więcej niż zwykle. Bo co najmniej od kilkunastu dni władze kolejnych krajów ostrzegały, by tam nie jechać, bo zaraz może być kłopot. Ostrzegało też polskie MSZ, ale kto by tam w Polsce słuchał urzędasów. Zaplanowany urlop jest ważniejszy niż jakaś tam wojna. W efekcie, tylko w Zjednoczonych Emiratach Arabskich - głównie w Dubaju i Abu Dhabi - utknęło 14 tysięcy Polaków.

Pewnie zdrowo przeklinali, że ktoś im zepsuł wakacje. Ale i tak nie mieli źle. Władze Emiratów, dbając o swoją reputację, postanowiły zadbać o turystów. Zapowiedziały, że zapłacą za noclegi i wyżywienie. Jak znam naszych rodaków, to pewnie wielu z nich przestało się spieszyć z wyjazdem. A tu jak na złość, już w poniedziałek zaczęły latać pierwsze samoloty. We wtorek zaczęły przylatywać także do Polski, choć lotniska były wciąż jeszcze czasowo zamykane.

To jednak nie powstrzymało polskich polityków od nawoływania, aby rząd ich wszystkich "ewakuował". Zażądał tego zarówno PiS, jak prezydent Nawrocki. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski odpowiedział, że z najbardziej zagrożonych miejsc, gdzie było to możliwe, kilkuset Polaków zabrano. Z Izraela, Jordanii i Libanu, przewieziono ich autobusami do Egiptu, gdzie lotniska były otwarte. W środę wysłano też specjalny samolot do Omanu. Zapowiedziano kolejne, jeżeli loty będą możliwe. Natomiast w takim Dubaju było bezpiecznie, a lotnisko było przez pierwsze dwa dni było kompletnie zamknięte.

Sikorski w swoim stylu pozwolił sobie na uszczypliwość: "Nie wiem, jak panowie z PiS wyobrażają sobie lądowanie na zamkniętych lotniskach. Mieliśmy w historii taki przypadek i nie jest to tradycja, którą należy kultywować". Była to oczywiście aluzja do lądowania prezydenckiego tupolewa na zamkniętym lotnisku w Smoleńsku, które zakończyło się tragedią.

W internecie zauważyłam też uszczypliwy tekst pod adresem Karola Nawrockiego. Przypomnę, że gdy rozważał polecenie do USA na inaugurację Rady Pokoju Donalda Trumpa, oburzył się na wypowiedź Donalda Tuska. Premier powiedział wtedy, że jeżeli prezydent chce, to może lecieć. Nawrocki odpowiedział, że "premier nie będzie mówił, gdzie ja mam latać. Ja mogę lecieć gdzie chcę". No to teraz internauta mu poradził w sprawie ewakuacji Polaków: "Niech prezydent leci swoim samolotem, nie musi pytać Tuska, gdzie ma latać".

Nawoływania do ewakuacji tysięcy Polaków okazały się jednak politycznie nietrafione. Nie tylko chodzi o to, że nie wszędzie były potrzebne, bo na przykład w Dubaju zdecydowana większość turystów mogła poczekać na wznowienie zwykłych lotów. Takie wożenie turystów, którym nic nie grozi, rządowymi samolotami nie spodobałoby się większości Polaków. Dość powszechna jest opinia, że ludzie, którzy zignorowali ostrzeżenia MSZ, mogą sobie teraz trochę poczekać na wymarzonych wakacjach. Polski podatnik nie powinien płacić za niefrasobliwość tych 14 tysięcy ludzi.

Ostatecznie okazało się, że powrót zagranicznych turystów, którzy utknęli w Dubaju, zaczęły organizować władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Podały, że planują wywieźć 44 tysiące ludzi, więc wygląda na to, że Polacy stanowili tam znaczną część turystów, którzy nie posłuchali ostrzeżeń.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym wydarzeniu minionego tygodnia. Prezydent Trump odznaczył Medalem Honoru trzech żołnierzy, w tym Michaela Ollisa. To amerykański żołnierz, który w 2013 roku w Afganistanie uratował polskiego oficera, kapitana Karola Cierpicę, przypłacając to własnym życiem. Na uroczystości był obecny kapitan Cierpica, który dziękował rodzicom Amerykanina, odbierającym medal dla syna.

Prezydent Trump mówił o polsko-amerykańskich więzach krwi, wspomniał też prezydenta Karola Nawrockiego. Ale warto zauważyć, że na uroczystości obecny był polski wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, który jest także ministrem obrony. To uderza w głoszone przez Kancelarię Prezydenta tezy, że z polskich władz tylko Nawrocki jest zapraszany do Białego Domu.

Na uroczystości obecny był także Bogdan Klich, który pełni funkcję szefa polskiej ambasady w Waszyngtonie. Ma jednak status charge d’affaires, bo prezydent Nawrocki odmawia podpisania jego nominacji na ambasadora. Odmawia podpisania wszystkich nominacji, ale w przypadku Klicha on i cały PiS od dawna krzyczą, że Klich jest persona non grata w Białym Domu. Teraz wyszło, że to nieprawda.

Obecność Klicha na uroczystości nie była jednak zaskoczeniem. Tydzień wcześniej znalazł się wśród dyplomatów, którym po wygłoszeniu orędzia o stanie państwa (State of the Union) prezydent Trump uścisnął rękę. Najwyraźniej Trump akceptuje polskiego dyplomatę. Kiedy to w końcu zrobi Nawrocki?

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!