Liczą się intencje

Prezydent Karol Nawrocki w końcu zawetował ustawę o SAFE. Jeszcze tego samego dnia rząd przyjął uchwałę o rozdysponowaniu środków z tej europejskiej pożyczki opiewającej na 184 miliardy złotych. Musi się spieszyć, bo kontrakty na rządowe zamówienia, wykorzystujące te pieniądze, muszą być podpisane do końca maja. Później kontrakty trzeba będzie uzgadniać z zagranicą. A do maja, możemy inwestować pieniądze w Polsce. W ramach odrzuconej przez prezydenta ustawy, rząd planował wydanie w kraju aż 89% tych pieniędzy. Teraz to może być mniej.

Nie wiem, czy o to właśnie chodziło Nawrockiemu, ale podejrzewam, że rząd zdąży załatwić kontrakty. Bo na pewno już wcześniej przygotował się na weto prezydenta. I chyba rację mieli ci, którzy mówili, że tą ustawą zastawił na prezydenta pułapkę. Bo cały czas powtarzał, że chodzi o 184 mld, które mamy dostać na bezpieczeństwo Polski i nie można tych pieniędzy odrzucić. Bo to wręcz byłaby zdrada.

Teraz okazuje się, że pomimo tej zdrady, pieniądze i tak dostaniemy. Będziemy mieli tylko większy problem z ich wydawaniem. Bo żeby zostały w Polsce, trzeba się spieszyć. Trzeba też załatwić przesunięcie ok. 7 mld, które ustawa przewidywała dla policji, Straży Granicznej i na infrastrukturę. One faktycznie mogłyby przepaść. Ale jak znam życie, Tusk załatwi w Europie, że będziemy mogli je przesunąć na wojsko i też je dostaniemy.

Tak więc pomijając te problemy, te 184 mld i tak dostaniemy. A cała gadka, że prezydent chce te pieniądze dla polskiego wojska zablokować, to ściema. Pułapka na Nawrockiego, żeby albo podpisał ustawę tak, jak chce tego rząd, a nie chcą PiS i Konfederacja, albo żeby zawetował odmawiając finansowania bezpieczeństwa Polski.

No i trzeba przyznać, że prezydent dał się nabrać. Poszedł w tę pułapkę jak w dym. Ogłaszając swoje weto stwierdził, że "nie pozwoli, aby tę pożyczkę wziąć". Okazało się, że może sobie tupać nóżką, bo rząd pożyczkę i tak bierze. Nawrocki najwyraźniej nie przeczytał ustawy, którą tak skrytykował. Ona w ogóle nie była o tym, czy pożyczkę mamy wziąć, czy nie. Ustawa traktowała o rozdysponowaniu pieniędzy, m.in. na wspomnianą policję i Straż Graniczną, a nie tylko na wojsko.

Prezydent i jego otoczenie nie pierwszy już raz kompromituje się mówiąc o powodach weta do ustawy. Najśmieszniejsze było, jak przy jednej z zawetowanych ustaw wymieniał zapisy, które w ogóle nie znalazły się w tej ustawie, ale miały być powodem jego weta. Teraz zawetował ustawę, żeby zablokować pożyczkę, chociaż ustawa wcale do pożyczki nie jest potrzebna. Najwyraźniej treści ustawy w ogóle nie czytał, podobnie jak jego kancelaria i chyba w ogóle cały PiS.

Dziennikarze przepytywali posłów tej partii i nie mogli znaleźć takiego, co ją przeczytał. Najlepszy był tradycyjnie poseł Marek Suski, który tłumaczył się, że ustawa "ma kilkaset stron". Przyznał więc, że nawet na nią nie spojrzał, bo ustawa ma stron 14. Skopiowałam ją do Worda, który policzył, że liczy 4100 słów. Mój felieton ma dzisiaj ponad 1200 słów. Te 4 tysiące było dla prezydenta za dużym wysiłkiem, żeby przeczytać.

Dzięki temu rząd triumfuje. Pokazał, kto tu rządzi, bo pieniądze - wbrew prezydentowi, który jest zwierzchnikiem sił zbrojnych - w wojsko zainwestuje. A Nawrockiemu będzie już zawsze wypominał zdradę, bo jak inaczej nazwać blokowanie pieniędzy na bezpieczeństwo Polski. Nawet jeżeli od początku było wiadomo, że to blokowanie będzie nieskuteczne. W tym wypadku liczyły się intencje.

Dużo trudniej zrozumieć intencje Prawa i Sprawiedliwości. Nie chodzi tylko o program SAFE, z którym ostro walczyło, choć kiedyś same mocno stawiało na budowę polskiej armii. A po napaści Rosji na Ukrainę wzięło potężną pożyczkę w Korei Południowej na zakup czołgów. Ba, program SAFE też chwaliło. Jeszcze we wrześniu były minister obrony Mariusz Błaszczak grzmiał, że Tusk MUSI zdobyć tę pożyczkę. A teraz grzmi, że NIE MOŻE.

Ale to już taka tradycja, że Prawo i Sprawiedliwość walczy ze wszystkim, co kiedyś popierało, co budowało, a nawet samo wymyśliło. Przykład z SAFE i wojskiem, które chcieli dozbrajać, a teraz nie chcą, jest tylko jednym z wielu. Najciekawszym jest program określony jako Zielony Ład. PiS chwaliło się kiedyś, że to właśnie jego pomysł, do którego namówiło całą Unię Europejską. Aktywnie promował go członek tej partii Janusz Wojciechowski, jako komisarz UE ds. rolnictwa i żywności. Oglądaliśmy jego reklamy, w których zachwalał Zielony Ład. Wszystko po to, aby PiS okrzyknęło ten program zabójstwem dla polskiego rolnictwa. Zabójstwem zleconym oczywiście przez złą Unię Europejską. No, Unia niepotrzebnie wcześniej posłuchała PiSu, że to świetny program.

Inne pomysły Europy też oczywiście nie podobają się PiS. Choć rząd tej partii partycypował w ich tworzeniu. Premier Mateusz Morawiecki podpisywał kolejne ustalenia w umowie o wolnym handlu z krajami Mercosur, czyli niektórymi krajami Ameryki Południowej. Teraz umowa ma zabić nasze rolnictwo, ale to oczywiście wina Tuska, który jako jeden z niewielu w UE umowie się sprzeciwił.

Na podobnej zasadzie PiS walczy z ETS, a więc europejskim systemem handlu emisją dwutlenku węgla. Choć przez osiem lat chętnie brało pieniądze od firm płacących za certyfikaty, które rząd dostał od UE za darmo. Teraz ich nowy "premier" Przemysław Czarnek domaga się "wyjścia" z ETS. Doktor nauk prawnych chyba nie wie, że jest to możliwe jedynie przez wyjście z Unii Europejskiej. Ale PiS zarzeka się, że żadnego polexitu nie chce. Mówi tylko, że ta Unia odbiera nam suwerenność. No, to przecież nie jest powód do ucieczki. Nie, nie wyjdziemy z tej strasznej UE.

Naprawdę trudno zrozumieć intencje PiS. Tak jak np. przy budowie elektrowni w Ostrołęce. Wielki, wspaniały projekt, którym będziemy chwalić się przez pokolenia. Gdy coś już zbudowano, wszystko znowu zburzono. Zabawa w takie klocki kosztowała Polskę półtora miliarda złotych. Ale PiS znowu zwyciężyło, pokonując własny projekt.

Najnowsza odsłona walki z własnymi sukcesami jest już tak idiotyczna, że nie wiem, czy będę potrafiła wytłumaczyć na czym polega. Ale spróbuję.

Otóż Prawo i Sprawiedliwość skierowało do Trybunału Konstytucyjnego (TK) skargę na jedną z ustaw. Chodzi o ustawę, na podstawie której wybierani są członkowie TK. Wprowadziło ją PiS w czasie swoich rządów, przekazując wybór sędziów Sejmowi. Choć Konstytucja mówi, że większość członków TK jest wskazywana przez środowisko sędziów i tak to odbywało się przez lata. Ale przyjmując taką ustawę, PiS wprowadziło do TK swoich nominatów, nawet członków swojej partii, którzy wydawali wyroki po myśli partii.

Dziś w Sejmie PiS nie ma już większości, a w wyniku wygaśnięcia kadencji, zwolniło się sześć miejsc w 15-osobowym TK. Obecny Sejm wybrał więc w ubiegły piątek sześciu nowych sędziów (prezydent Nawrocki zawetował wcześniej ustawę przywracającą wybór TK dla środowiska sędziowskiego; posłowie koalicji rządzącej wybrali więc nowych członków TK w Sejmie, zgodnie z obowiązującą wciąż ustawą PiS, ale wybrali osoby wskazane przez środowisko sędziowskie by zadośćuczynić Konstytucji).

PiS zgłosiło więc do TK, że ustawa o wyborze członków TK przez Sejm jest... niekonstytucyjna. Tak, ta ustawa, którą samo wprowadziło, aby mieć w Trybunale "swoich". I o której przez lata swoich rządów słuchało od prawników, że jest niekonstytucyjna, ale jej broniło.

I teraz najciekawsze. Ktoś zwrócił PiS uwagę, że jeżeli TK uzna, że ustawa jest niekonstytucyjna (zgodnie z prawdą), to wyda wyrok na siebie. Bo przecież obecny Trybunał został wybrany właśnie na jej podstawie. Przez Sejm. W takiej sytuacji TK uzna, że jest nielegalnie powołany, czyli nie istnieje.

PiS zmieniło więc treść wniosku do TK, pokazując swoje intencje. Chce teraz, aby Trybunał uznał ustawę za niekonstytucyjną, ale dopiero od zeszłego czwartku. Dzięki czemu nowi sędziowie zostali wybrani niezgodnie z Konstytucją, a dotychczasowi są OK.

Prawo i Sprawiedliwość uważa więc, że ustawa może być niekonstytucyjna w czwartek, ale była zgodna z Konstytucją w środę. Przypomnę tylko, że Konstytucja nie zmieniła się ze środy na czwartek.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!