Zwrócono mi uwagę, że ciągle piszę o prezydencie Karolu Nawrockim. Przyznaję, piszę. Ale to wszak nasz prezydent! W dodatku jest obecnie liderem opozycji. Wiem, że to absurdalne, że głowa państwa jest opozycją, ale taką sobie tę głowę wybraliśmy. A ja za jednym zamachem mogę pisać i o władzy, i o opozycji.
No i jak tu nie pisać o prezydencie, jak co chwila zalicza nowe wpadki. W tym tygodniu wypadałoby napisać o jego wyjeździe do USA, na polityczną konferencję CPAC. Może chciał się dowartościować, że był tam jedyną głową państwa. Bo żaden inny przywódca z zagranicy tam nie pojechał. Ba! Nawet przywódca USA! Bo nie było ani Donalda Trumpa, ani wiceprezydenta JD Vance'a.
W tym tygodniu Karol Nawrocki "błysnął" tym, że zaprosił na zaprzysiężenie nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. To jego obowiązek, ale jego kancelaria zaczęła marudzić, że nie podoba się im sposób wyboru tych sędziów. Bo dokonany przez Sejm, na podstawie prawa ustanowionego przez PiS. A teraz to prawo się PiS-owi nie podoba, bo Sejm nie jest już ich. I zaskarżyli owo prawo do... Trybunału Konstytucyjnego jako niekonstytucyjne. Czyli uważają, że ten wybrany przez nich Trybunał, który będzie decydował o legalności wyboru, jest nielegalny. Wszystko bez sensu, ale polityk potrafi.
Prezydent ostatecznie zapowiedział, że sędziów zaprzysięgnie, ale tylko dwóch z szóstki wybranej przez Sejm. Znowu bez sensu, ale prezydent też potrafi. Wymyślił, że wybór był nieprawidłowy, ale dwóch zaprzysięgnie. Nie można być trochę w ciąży. Albo był nieprawidłowy, albo prawidłowy. Taki sam wobec wszystkich.
Ale takiego prezydenta sobie wybraliśmy. Może niesłusznie mam do niego ciągle pretensje. Przecież na ustawodawstwie się nie zna, nawet politykiem jest dopiero od roku. Dorosłe życie zaczynał wśród kiboli, więc czego ja oczekuję?
Czego? Żeby dobrał sobie doradców, którzy coś potrafią. Coś wiedzą, coś rozumieją. Jednym z nich jest Andrzej Zybertowicz. Profesor. I ten profesor tłumaczył zachowanie prezydenta wobec dziennikarza, który w związku z wizytą Nawrockiego na Węgrzech zapytał, czy nie przeszkadza mu zażyłość Orbana z Putinem (pisałam o tym obszernie przed tygodniem). Doradca Nawrockiego stwierdził, że "problemem jest, JAKIE pytanie zadał dziennikarz". JAKIE!!!
Rozumiem, że Zybertowicz ma swoje lata, więc pewnie wychował się w PRL. Ale od 35 lat żyje w demokracji i profesor powinien się był już nauczyć, że w demokracji to nie władza dyktuje dziennikarzom pytania.
A prezydent powinien natychmiast wywalić doradcę o mentalności PRL-owskiego komunisty. I wszystkich innych, którzy podpowiadają mu idiotyczne działania w stylu "dwóch z sześciu było wybranych legalnie".
Jeszcze ostatnie słowo o prezydencie. Zignorował wszystkie ostrzeżenia, aby nie jechać na Węgry, bo to wyraz poparcia dla Putina. Zignorował nawet informację, że minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto wydzwaniał do rosyjskiego ministra Siergieja Ławrowa prosto z wewnętrznych unijnych debat. Tłumaczenie było takie, że ze wszystkimi trzeba rozmawiać. W tym tygodniu wyszło na jaw, jak te rozmowy wyglądają. Dziennikarze dotarli do nagrań i opublikowali ich transkrypcję.
W jednej z rozmów Szijjarto pyta Ławrowa przestraszony: "czy powiedziałem coś nie tak?". A słysząc żądania, co ma robić na forum Unii Europejskiej zapewnia: "Jestem zawsze do waszej dyspozycji".
Czy trzeba jeszcze przekonywać, że rząd Orbana to agentura Putina? I tych właśnie ludzi wspiera Karol Nawrocki, krzyczący do dziennikarza, że "Putin jest zbrodniarzem". I nie tylko on ich wspiera. W Budapeszcie pojawili się też inni, jak Mateusz Morawiecki i szef Konfederacji Krzysztof Bosak. Ten ostatni pokusił się nawet o stwierdzenie, że żadnych prorosyjskich polityków tam nie widział. Nie, no skąd, on przecież też nie jest prorosyjski, bo sam tak powtarza. W wywiadzie dla orbanowskich mediów, Orbana wychwalał też Jarosław Kaczyński. Bo chciałby, żeby ten agent Putina dalej rządził Węgrami. Kiedyś miał inne zdanie o pachołkach Putina.
Innym gorącym tematem w Polsce były w ostatnich dniach oczywiście ceny benzyny. Pod koniec ubiegłego tygodnia, parlament w błyskawicznym tempie przyjął - a prezydent szybko podpisał - ustawy o zmniejszeniu na benzynie akcyzy i podatku VAT, za czym głosowali... wszyscy. Inna ustawa mówiła o codziennym ustalaniu ceny maksymalnej na paliwa. Tu przeciwko była tylko Konfederacja.
Rząd tłumaczył, że ustalenie ceny maksymalnej - na podstawie cen hurtowych pięciu największych dostawców - jest konieczne. Bo bez takiego ograniczenia stacje benzynowe mogą zgarnąć część obniżek podatków dla siebie i konsumenci zyskają niewiele. Konfederacja mówiła, że centralne ograniczenie ceny to PRL. Nie miała jednak innego pomysłu, jak wymusić na stacjach oddanie klientom całej obniżki.
Centralne zarządzanie nikomu się nie podoba, ale trzeba wiedzieć, że w sytuacjach kryzysowych jest stosowane w wielu krajach. Nawet Stany Zjednoczone mają przepis, który w stanie wyjątkowym zabrania podnoszenia cen najpotrzebniejszych produktów - w tym paliwa - o więcej niż 10%.
Konfederacja widziała też problem w tym, że po ustaleniu ceny maksymalnej, nikt benzyny nie będzie sprzedawał taniej, niż po tej cenie. Słusznie. Ale cena maksymalna została wprowadzona, aby nikt nie sprzedawał DROŻEJ.
Prawo i Sprawiedliwość poparło rządowe rozwiązania, ale i tak atakowało. Czemu tak późno?! Niektórzy w rządzie odpowiadali, że prezydent Trump zapowiadał, że wojna w Iranie potrwa tylko kilka tygodni. I kpiąco dopowiadali: Nie uwierzyliście Trumpowi?
Tak jak już kiedyś tu pisałam, cenami benzyny politycy bardzo chętnie się atakują. Za rosnące ceny zawsze przed ludźmi odpowiada rząd. Więc po zaatakowaniu Iranu, gdy ropa poszła w górę, PiS chętnie atakowało rząd za gwałtownie rosnące ceny benzyny. Ale teraz, po skokowym obniżeniu cen o ponad złotówkę, to rząd nagle odtrąbił sukces. PiS nie mogło milczeć, więc wymyśliło, że to sukces... ich Przemysława Czarnka. Bo to on zgłosił już dwa tygodnie wcześniej projekt obniżenia podatków. Znaczy opozycja rządzi. Gdy jest sukces.
Prawda jest taka, że wahania ceny benzyny to ani wina, ani zasługa rządu. Tusk nie spowodował wzrostu cen ropy, to nie ten Donald. Ale też i obniżką podatków nie ma się co chwalić, bo kolejną wyrwę w budżecie trzeba będzie czymś załatać. PiS będzie miało kolejną okazję do ataków. Bo chociaż było za obniżką podatków, to jak usłyszy, że trzeba za to zapłacić, to podniesie krzyk, że Tusk znowu zaciąga pożyczki. W dodatku nie na 0%, jak chciałby prezydent Nawrocki.
O "łupieniu Polaków" już teraz mówi Daniel Obajtek, były szef Orlenu. Jako dowód, przedstawia zyski Orlenu za IV kwartał 2025 roku (czyli długo przed wojną w Iranie). Były to 4 mld złotych, a przecież za jego czasów, tylko 2 mld. Pamiętam, że zarówno on sam, jak i cały PiS bardzo chwalili się tymi zyskami. 2 miliardy to był sukces, ale jak są 4 miliardy, to już gorzej.
A ekonomiści przypominają, że sytuacja z paliwami w Polsce byłaby po ataku na Iran lepsza, gdyby PiS z Obajtkiem nie oddali Lotosu i Rafinerii Gdańskiej. Bo związaliśmy się z Arabią Saudyjską, która ma teraz kłopoty. Ale kto by tam pamiętał o tym, co robił PiS. Że dzięki przedwyborczym manewrom z cenami, na stacjach benzyny nie było w ogóle.
Tuskowi na razie się udało. W nocy z poniedziałku na wtorek, cena na "moim" Orlenie spadła z 7,39 zł do 6,16 zł, czyli tej odgórnej ceny maksymalnej. Teraz czekamy, co się będzie działo z ceną ropy. Jak dalej będzie szła w górę, to benzyna znowu będzie po ponad 7 zł, a to już wina Tuska.