Zmęczeni wojną

24 lutego minęła czwarta rocznica napaści Rosji na Ukrainę. Tak właściwie, Rosja rozpoczęła wojnę już w 2014 roku, ale ostatnie cztery lata określa się jako wojnę pełnoskalową. To znaczy na teren Ukrainy wjechały ruskie czołgi, zaczęły ją bombardować ruskie samoloty i spadać na nią ruskie rakiety. I trwa to do dzisiaj, nawet w większym wymiarze.

Od pierwszego dnia wojny Polacy przyjęli uchodźców z Ukrainy z otwartymi rękami. Zaprosili ich do własnych domów, dali schronienie, karmili, pomagali jak mogli. Socjologowie zachwycali się wspaniałą reakcją naszego narodu, ale szybko zaczęli ostrzegać, że przyjdzie też zmęczenie przeciągającą się wojną. I rzeczywiście przyszło.

Sondaż CBOS pokazał, że już tylko 48% Polaków uważa, że powinniśmy gościć wojennych uchodźców z Ukrainy. W 2022 roku było to 94%. Co takiego się zmieniło? Na wojnie już nie zabijają? Uchodźcy nie potrzebują schronienia? Oni też są zmęczeni wojną, tylko że oni nie mają żadnego wyboru.

Tymczasem aż 46% Polaków obecnie uważa, że nie powinniśmy dawać im schronienia. Chciałam dać tu wykrzyknik, ale przecież połowa narodu sądzi, że ludzi uciekających przed bombami nie należy przyjąć. Mogę zrozumieć starszych ludzi z południowego wschodu Polski, w których wciąż żywa jest pamięć mordów dokonywanych przez ukraińskie bandy UPA. Ale to nie jest 46% Polski.

Z lekcji historii pamiętam, że trzy dni po napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku Francja i Wielka Brytania wypowiedziały Niemcom wojnę. Były związane z nami paktami. Za słowną deklaracją nie poszły jednak żadne działania. Nauczycielka opowiadała nam, dzieciakom, oburzona, że w czasie gdy Niemcy bombardowali nasz kraj, Francuzi i Brytyjczycy dyskutowali o tym przy herbatce.

Przypomina mi się to za każdym razem, gdy oglądam wiadomości z Ukrainy. Bo siedząc przed telewizorem, też często popijam herbatkę.

Na rzecz Ukrainy robione są różne zbiórki pieniężne. Być może to nieco uspokaja sumienie, choć wiemy, że to kropelka w oceanie potrzeb. Ale 46% mówi otwarcie, że wcale nie chce pomagać. Jest zmęczona tą wojną. Tak, my Polacy, popijając herbatkę przed telewizorem jesteśmy tą wojną zmęczeni.

Trudno się więc dziwić, że zmęczyli się też Amerykanie. Prezydent Trump wstrzymał wszelką pomoc dla Ukrainy. Amerykanie sprzedają teraz broń Ukraińcom, a koszty tego ponosi w dużym stopniu Europa. Bo trzeba przyznać, że kraje europejskie nie zmęczyły się tą wojną tak, aby o niej zapomnieć. Choć dla wielu tych krajów wojna jest odległa, wciąż dają pieniądze i broń na odpieranie rosyjskiej napaści.

Nie wiem jaki procent społeczeństw popiera tam wydatki na rzecz Ukrainy. Ale skoro nawet w Polsce 46% nie chce przyjmować uchodźców, to rządy krajów na zachodzie Europy na pewno czują presję społeczeństw. Chyba że tamte społeczeństwa lepiej od nas rozumieją, że jeżeli Rosja wygra, sięgnie po następne kraje, a jednym z pierwszych będzie pewnie Polska.

Rozmawiałam w tym tygodniu z młodym człowiekiem, studentem. Nie jest bardzo zaangażowany w sprawy polityczne, ale orientuje się w bieżących wydarzeniach. On też jest przeciwny obecności Ukraińców w Polsce. Opinia w tak postawionej sprawie wcale mnie nie dziwi. Generalnie nikt nie lubi obcych w swoim domu. Obcokrajowców we własnym kraju. W Ameryce na pewno też nie brakuje osób, które są niechętne wobec imigrantów.

Ale ten młody człowiek zaprezentował dużo bardziej radykalne stanowisko. Stwierdził: "Dosyć tej gloryfikacji Ukraińców"! Przyznam, że mnie zatkało. Słyszałam już narzekania, że Ukraińców jest w Polsce "za dużo". Choć narzekający przyznawali, że nie potrafią rozpoznać Ukraińca od Rosjanina czy Białorusina. Tych jest też niemało, ale nikt na nich nie narzeka. Ale po raz pierwszy usłyszałam, że Ukraińców "gloryfikujemy".

Być może mój rozmówca oglądał jakieś programy o tym, jak wygląda walka Ukraińców z rosyjskim najeźdźcą. Siłą rzeczy wybrzmiewa w nich podziw za odwagę, zaangażowanie i poświęcenie dla obrony ojczyzny. Czy za to mamy ich nie lubić? Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że w opinii studenta pobrzmiewają echa antyukraińskiej propagandy. Zrozumiałe jest, że taką propagandę szerzą Rosjanie, ale trudno zrozumieć, dlaczego powtarzają ją niektóre środowiska także w Polsce.

Jak bardzo skuteczna jest taka propaganda, pokazał mi znajomy Ukrainiec, również przy okazji czwartej rocznicy rozpętania pełnoskalowej wojny. Mieszka w Polsce i rozmawiał ostatnio ze swoim bratem, który mieszka w Białorusi. W czasach Związku Radzieckiego mieszkali w jednym państwie, a posiadanie rodziny w innej republice nie było niczym niezwykłym. Dziś dogadanie się z taką rodziną może być trudne. Brat mojego znajomego, wskazując na przeciągającą się wojnę, zaczął dopytywać, "po co Ukrainie była ta wojna". Dlaczego ją rozpoczęli, dlaczego zaatakowali Rosję.

Wypowiadanie takich bzdur budzi nawet moją wściekłość. Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuje Ukrainiec, któremu mówi to jego brat.

Na szczęście jest też jeszcze druga strona medalu. Połowa ludzi w Polsce rozumie, co się dzieje w sąsiednim kraju. Rozumie, że obrazki ze spalonych całych miast to nie jest tylko jakiś program w telewizji. Ludzie, którzy mieszkali w tych popalonych blokach, nie mają gdzie mieszkać. Potrzebują pomocy. I tej pomocy nie tylko musimy, ale i możemy im udzielić. Bo jesteśmy już stosunkowo zamożnym krajem. Jak to wszystkie strony politycznej sceny podkreślają - dwudziestą gospodarką świata.

Stać nas na pomoc. A z drugiej strony, nie stać nas, aby nie pomagać. Ukraina broni nas przed Rosją. Nie chcemy, żebyśmy i my musieli wysyłać nasze dzieci na front. Dzisiaj wystarczy, abyśmy wysłali tylko pieniądze.

Jarosław Kaczyński powiedział w ostatnich dniach, że "niepodległość nie ma ceny". Mówił to wprawdzie w kontekście zakupów uzbrojenia, sprzeciwiając się programowi SAFE, ale jego słowa są prawdziwe bez względu na kontekst. Niepodległość nie ma ceny. Nie możemy więc żałować pieniędzy na wsparcie dla Ukrainy. Nawet jeżeli jesteśmy tą wojną zmęczeni.

Wydatki na pomoc dla uchodźców, którzy są już w naszym kraju są natomiast mocno demonizowane. Ukraińcy w zdecydowanej większości pracują, płacą podatki i wspomagają naszą gospodarkę. W dodatku pracują w wielu miejscach, gdzie chętnych Polaków brakuje. Nie jest tajemnicą, że polska gospodarka potrzebuje rąk do pracy. A tych jest coraz mniej. Nie jesteśmy już 38-milionowym państwem. Liczba mieszkańców Polski według GUS, wyniosła na koniec 2025 roku 37,322 mln. O 157 tysięcy mniej niż przed rokiem.

Potrzebujemy ludzi do pracy. Potrzebujemy imigrantów. Zdecydowanie bardziej wolę, aby byli to Ukraińcy, Słowianie, którzy są nam bliscy kulturowo i w dużej części świetnie mówią po polsku, niż imigranci przyjeżdżający z biednych krajów Afryki i Azji.

Badanie CBOS pokazało, że wśród przywódców innych krajów, Polacy mają największe zaufanie do Wołodymyra Zełenskiego. Ufa mu 49%, podczas gdy drugiemu na liście prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi już tylko 36%. Donald Trump otrzymał 25% głosów.

Ciekawe badania przeprowadzono także na Ukrainie. Tuż przed inwazją Rosjan w 2024 roku zaledwie jedna czwarta Ukraińców wierzyła, że ich kraj może oprzeć się atakowi. Tuż po ataku, taką wiarę miało już dwie trzecie narodu. Badacze zauważyli, że wiary dodał sam Zełenski, który pomimo śmiertelnego zagrożenia pozostał w Kijowie.

Piszę to nie po to, aby "gloryfikować" prezydenta Ukrainy (chociaż jest za co). Ale by przekazać wnioski badaczy, że postawa tzw. elit jest niezwykle ważna dla zachowania całego narodu. Postawa części polskich elit to "zmęczenie" wojną i część społeczeństwa to zmęczenie przejmuje. Ale wojna trwa.

Możesz podzielić się tą treścią ze znajomymi!